Pierwszy marzec, a ja nie mam na sobie kalesonów! 🚲☀️

Słuchajcie, stał się cud. Kalendarz mówi: 1 marca 2026, a termometr bezczelnie pokazuje kilkanaście stopni na plusie. Po tej zimie, która ciągnęła się dłużej niż kolejka po darmowe pączki, poczułem się, jakbym wygrał na loterii. Decyzja była krótka: mój Canyon Grizl domagał się wolności, a ja domagałem się witaminy D i endorfin.

Oto relacja z trasy, która miała być "rozgrzewką", a skończyła się jako epicka, gravelowa przygoda.

Etap 1: Gostyń – Kobiór, czyli asfaltowa poezja

Wystartowałem z Gostyni (powiat mikołowski, jakby ktoś pytał). Na dzień dobry miłe zaskoczenie – nowa ścieżka rowerowa do Kobióra. Grizl na swoich szerokich oponach mruczał z zadowolenia. Jechało się tak gładko, że przez moment zapomniałem, że jestem gravelowcem, a nie kolarzem szosowym w obcisłym lateksie. Słońce grzało, a ja zastanawiałem się, czy to na pewno Polska, czy może przez pomyłkę teleportowałem się do Toskanii (tylko zamiast winnic miałem widok na znajome lasy).





Etap 2: Las, błoto i zapach przygody

Z Kobióra uciekłem w las w stronę Radostowic. Tu skończyły się żarty, a zaczął się prawdziwy gravel. Grizl poczuł krew (czy tam smar). Korzenie, trochę pozimowego błotka i zapach budzącej się do życia ściółki.



Z Radostowic wykręciłem na boczne drogi w stronę Brzeźc. To ten moment wycieczki, gdzie człowiek zaczyna doceniać, że nie jedzie główną trasą z tirami, tylko mija traktory i panie machające z ogródków.



Etap 3: Ścieżka do raju i pałacowe klimaty

W Brzeźcach wbiłem się na ścieżkę rowerową, która prowadzi aż do samych Pawłowic. Jechało się wybornie, choć wiatr próbował mi przypomnieć, że marzec to jednak marzec. Z Pawłowic, trzymając się blisko "Wiślanki" (ale bezpiecznie na bocznych asfaltach), dotarłem do Baranowic.

Przystanek Kultura: Pałac w Baranowicach wyglądał w marcu obłędnie. Zrobiłem rundkę wokół, udając przez chwilę hrabiego na mechanicznym rumaku, ale szybko przypomniałem sobie, że hrabiowie raczej nie pocą się pod kaskiem.





 


Etap 4: Kofeinowy punkt kulminacyjny (Mokate!)

Nie mogło być inaczej. Przejazd obok fabryki Mokate to punkt obowiązkowy. Jeśli nie masz zdjęcia roweru przy ich gigantycznej filiżance, to czy ta wycieczka w ogóle się odbyła?

  • Model: Canyon Grizl.

  • Sceneria: Wielka kawa.

  • Efekt: Mój rower wyglądał przy niej jak zabawka z Kinder Niespodzianki.

Zrobiłem fotkę, poczułem zapach palonej kawy i nagle dostałem takiego kopa, że nogi same zaczęły kręcić szybciej.




Etap 5: Powrót, czyli "Czy te górki zawsze tu były?"

Powrót zaplanowałem przez:

  1. Rudziczkę

  2. Suszec

  3. Królówkę

  4. Mościska

W Suszcu zacząłem czuć, że moje zimowe zapasy energii (głównie z sernika) właśnie się kończą. Królówka i Mościska przywitały mnie pięknymi widokami, ale też lekkim zmęczeniem. Każdy podjazd wydawał się o 2% bardziej stromy niż w rzeczywistości. Ale hej, przy takiej pogodzie nawet skurcz w łydce wydaje się być "wiosennym pozdrowieniem".

Podsumowanie trasy:

  • Dystans: Solidny kawał śląskiej ziemi.

  • Pogoda: 11/10 (wiosna, kocham Cię!).

  • Rower: Canyon Grizl – oficjalnie ogłaszam go najlepszym towarzyszem na marzec.

  • Bilans kawowy: Jedno zdjęcie z gigantyczną filiżanką, zero wypitej kawy (nadrobię w domu!).

Wróciłem do Gostyni zmęczony, brudny, ale z bananem na twarzy. Jeśli to był dopiero początek marca, to strach pomyśleć, co będzie w maju!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Hałda Skalny

Górska Kaplica Narodu Polskiego i Krzyż Milenijny

Jaworze - Błatnia