8 marca: Słońce, randka z Grizlem i walka z „Wschodnim Murem” 💨🚲
Myśleliście, że 14 stopni i pełne słońce to przepis na sielankę? Otóż 8 marca 2026 natura postanowiła złożyć mi życzenia w postaci silnego wiatru ze wschodu. Powiem krótko: gdyby nie mój Canyon Grizl, pewnie wylądowałbym gdzieś w okolicach Gliwic, niesiony podmuchem jak jesienny liść. Ale 61 kilometrów samo się nie przejedzie!
Oto jak wyglądała moja walka o przetrwanie (i dobrą zabawę) na śląskich szlakach.
Etap 1: Plac budowy i leśne „wykopki”
Zacząłem w Gostyni, testując nową ścieżkę wzdłuż DW928 w stronę Wyr. Ścieżka jest jeszcze „w budowie”, co w języku gravelowym oznacza: „uważaj, żeby nie wpaść w dół na kable, ale przynajmniej nie ma samochodów”.
W Wyrach skręciłem w ul. Główną i Zbożową, a potem... cóż. Wjechałem do lasu podlegającego pod Nadleśnictwo Kobiór. Powiem tak: jeśli Nadleśnictwo chciało przygotować tor przeszkód dla czołgów, to wyszło im wybitnie. Droga była tak „zniszczona”, że mój Grizl przez chwilę zastanawiał się, czy nie jest rowerem górskim z lat 90. Wytrzęsło mnie porządnie, ale za to kawa w żołądku (ta z domu) idealnie się spieniła.
Etap 2: Tyski Urban-Gravel
Wjazd do Tychów to była czysta elegancja. Przelot obok dworca PKP, potem centrum i majestatyczny stadion GKS Tychy. Na ulicy Edukacji poczułem się prawie jak na wyścigu, dopóki nie przypomniałem sobie, że jadę pod wiatr.
Protip: Jeśli wieje 40 km/h prosto w twarz, udawaj, że to trening aerodynamiczny. Albo po prostu głośno przeklinaj – to też pomaga.
Przejazd pod DK1 i wjazd w rejony Urbanowic i Wygorzeli to powrót do korzeni. Błoto po kostki (dosłownie!), słońce i walka o trakcję. Grizl był w swoim żywiole, ja nieco mniej, marząc o myjce ciśnieniowej.
Etap 3: Azyl w Lasach Murckowskich
I wtedy stało się to: wjechałem w Lasy Murckowskie. Wiatr nagle zniknął, ucięty przez ścianę drzew, a pod kołami pojawił się szutrowy raj. To tutaj spotkałem jego – Dęba Tadeusza.
O obiekcie: Tadeusz to nie byle jakie drzewko. To pomnik przyrody, który ma pewnie więcej lat niż wszystkie ścieżki rowerowe na Śląsku razem wzięte.
Moja refleksja: Postałem chwilę obok niego, licząc na to, że przez osmozę przejdzie na mnie chociaż ułamek jego spokoju i wytrzymałości. Spoiler: nie przeszedł, nogi dalej bolały.
Etap 4: Mikołowskie „Alpy”
Z Kostuchny ruszyłem asfaltem przez Podlesie do Mikołowa. I tutaj nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością. Moja „poziomowa” kondycja po zimie została zweryfikowana przez mikołowskie podjazdy. Kto wymyślił, żeby to miasto było tak wysoko?!
Pociłem się jak mysz, wdrapując się do centrum, a potem przez Łaziska Dolne i Średnie. Każdy metr w górę był dedykowany wszystkim pączkom zjedzonym w lutym.
Etap 5: Finisz obok Ynzli
Gdy minąłem słynną Ynzlę wiedziałem, że dom jest blisko. Ostatnia prosta do Gostyni i licznik stanął na 61 km.
Bilans dnia:
Wiatr: Próbował mnie zabić, ale poległ.
Błoto: Mam je nawet za uszami.
Forma: Wciąż w fazie „ładowania”, ale idzie ku dobremu.
Grizl: Brudny, ale szczęśliwy.
To był kawał solidnego kręcenia. Jeśli marzec będzie nas dalej tak rozpieszczać słońcem, to do maja będę miał nogę jak zawodowiec (albo przynajmniej przestanę sapać na podjazdach w Mikołowie).
















Komentarze
Prześlij komentarz